Św. Wincenty a Paulo

Dzieciństwo i młodość                

Wincenty a Paulo, syn ubogiego chłopa gaskońskiego urodził się w kwietniu 1581 r. w niewielkiej wiosce Pouy we Francji. Był trzecim spośród sześciorga dzieci Jana a Paulo i Bertrandy z domu de Moras. W małym Wincentym – obdarzonym naprawdę genialną inteligencją – wzrastała chęć ucieczki od świata biedy: z wioseczki z piętnastoma glinianymi chałupkami, zagubionej między mokradłami; z wieśniaczej rodziny, w której od szóstego roku życia jego zadaniem było pasanie świń. Okazją stało się spotkanie miejscowego pana, który przejeżdżając przez swoje ziemie zauważył szczególną inteligencję chłopca i przekonał ojca, aby oddał go na naukę – na księdza,
w kolegium, w najbliższym mieście Dax.

   Dom Rodzinny św. Wincentego

Rodzice Wincentego zdobyli się wtedy na wielkie poświęcenie (sprzedali parę wołów) i w 1595 r. posłali go do szkoły, mając nadzieję, że gdy zostanie księdzem, to jego pozycja zapewni dobrobyt i spokojną przyszłość całej rodzinie. „Pamiętam – pisał po latach – że gdy byłem chłopcem i ojciec zabierał mnie do miasta, wstydziłem się iść razem z nim i przyznawać się do niego, bo był biednie odziany i trochę utykał”. A w innym miejscu wspominał: „Koledzy ze szkoły, gdzie się uczyłem, zawiadomili mnie, że pyta o mnie ojciec, który był wieśniakiem. Odmówiłem wyjścia do niego i rozmowy z nim, przez co popełniłem wielki grzech”. Te wyznania pozwalają nam stworzyć wizerunek pełnego dumy i ambicji młodzieńca, jakim był Wincenty.

        Zachęcany i wspierany przez rodzinę wytrwale zdobywał wiedzę. 23 września 1600 r. Wincenty otrzymał święcenia kapłańskie. Było to niezgodne z przepisami prawa kościelnego, bo miał zaledwie 19 lat, a wedle postanowień Soboru Trydenckiego kandydat do święceń winien ukończyć 24 lata. Kapłaństwo było dla Wincentego raczej wyrazem spełnienia ambicji niż owocem wewnętrznego przekonania o Bożym powołaniu. Był młodzieńcem w potrzebie, dostrzegającym w kapłaństwie sposób szybkiego (im szybszego, tym lepiej) zapewnienia sobie  pozycji społecznej i środków do życia.
        Mianowany proboszczem w Tilh, nie objął parafii, udał się do Rzymu, by po powrocie uzyskać stopień bakalaureatu w Tuluzie. Wincenty potrzebował pieniędzy i szukał ich wszędzie. Pozwolił usidlić się – jak sam potem stwierdził – w „miedziany tygiel” ambicji
i przebiegłości, próbując zrobić karierę. Marzył o biskupstwie. W Paryżu, centrum ówczesnego świata, szukał możliwości zaspokojenia swoich ambicji. Udało się to w 1610 r., kiedy został kapelanem eks-królowej Małgorzaty de Valois, a następnie otrzymał opactwo św. Leonarda.

        Dopiero po latach Wincentego zdobył się na wyznanie: „Gdybym, obierając z taką zuchwałością stan kapłański, wiedział, czym on jest, tak jak wiem to dzisiaj, wolałbym raczej pozostać na wsi i orać ziemię, aniżeli wybrać ten stan, który budzi lęk”. W innym miejscu: „doświadczenie […] każe mi ostrzegać wszystkich, radzących się mnie w kwestii obrania stanu kapłańskiego, żeby tego nie czynili, jeśli nie odczuwają prawdziwego powołania od Boga, nie mają czystej intencji oddawania czci naszemu Panu przez praktykowanie Jego cnót i nie dostrzegają innych niezawodnych znaków Jego Boskiej woli. Przekonanie to jest we mnie tak zakorzenione, że gdybym już nie był księdzem, nie zostałbym nim nigdy”. Zdecydowanie znów odcinał się od postawy jaką sam wcześniej pielęgnował mówiąc: „Nieszczęśni są ludzie wchodzący do stanu kapłańskiego przez okno własnego wyboru, a nie drzwiami prawdziwego powołania. Zresztą wielu jest takich, którzy widzą w kapłaństwie możliwość spokojnego bytu i szukają w nim raczej wytchnienia niźli pracy”.

    Powolna przemiana

        Chociaż jeszcze przez wiele lat usiłował zabezpieczyć swój byt materialny, to jednak żył już problemami i sprawami zupełnie innej natury. W jego duszy zachodziły wielkie zmiany. Do refleksji zmusiły go dwa dramatyczne wydarzenia. Pierwszym było niesprawiedliwe oskarżenie o kradzież. Nie ulega wątpliwości, że reakcja Wincentego na tę sprawę stanowi jeden z pierwszych zwiastunów nawrócenia. Nie próbował się bronić, lecz z łagodnością powiedział: „Bóg zna prawdę”.
        Drugim wydarzeniem był głęboki kryzys wiary, który spowodowało wzięcie na siebie męczarni duchowych, jakich doświadczał pewien znajomy kapłan. Ofiara ta rozpoczęła czas wielkiej próby Wincentego. Jego duszę ogarnął mrok, stał się niezdolny do aktów wiary.
W tych ciemnościach zachował jedynie przekonanie, że są to wszystko próby, jakim poddaje go Bóg, i że wreszcie zmiłuje się On nad nim. Zdwoił gorliwość w modlitwie i pokucie, gdy przychodziła na niego pokusa, kładł rękę na sercu w ten sposób wyrzekając się zła. Poczuł się wolny od pokus dopiero wtedy, gdy podjął mocne i nieodwołalne postanowienie poświęcenia życia służbie ubogim.

        Te wydarzenia pchnęły go w ręce kard. Piotra de Bérulle’a, który otoczył go duchową opieką. Z jego polecenia został proboszczem w Clichy, gdzie z całą gorliwością oddał się pracy duszpasterskiej. Systematycznie katechizował dzieci i dorosłych, założył bractwo różańcowe, przygotowywał kandydatów   do kapłaństwa.
        Pod kierunkiem kard. de Bérulle’a Wincenty odkrył nową perspektywę wiary, która ukształtowała całe jego życie. W Chrystusie dostrzegł Syna pełniącego wolę Ojca, w dziele odkupienia całej ludzkości. Od Niego nauczył się bezwzględnego obowiązku szukania i wypełniania woli Bożej. A wola ta w stosunku do ks. Wincentego wyraziła się w dwóch znamiennych wydarzeniach w jego życiu.

Dwa przełomowe  doświadczenia

        Pierwszym takim wydarzeniem była spowiedź umierającego wieśniaka w Gannes i jego publiczne wyznanie, iż bez owej spowiedzi byłby niechybnie potępiony z powodu tajenia grzechów podczas wcześniejszych spowiedzi. Skłoniło to Wincentego do wygłoszenia kazania na temat spowiedzi generalnej 25 stycznia 1617 r. w Folleville.

Pod wpływem kazania napływ penitentów był tak wielki i miały miejsce tak liczne nawrócenia, że ks. Wincenty zaczął głosić konferencje i nauki (nazwane później misjami) w wiejskich parafiach, a w 1625 r. powołał do istnienia Zgromadzenie Misji, które miało kontynuować jego pracę głoszenia Ewangelii ubogim jak również troszczyć się o przygotowanie i wykształcenie gorliwych kapłanów.

        Sam Wincenty zrozumiał, że służenie ubogim musi rozpocząć od głoszenia im Ewangelii. Podjął więc pracę duszpasterską w wiejskiej parafii Châtillon- les-Dombes. Właśnie tam miało miejsce drugie znaczące wydarzenie. Pewnego dnia właśnie miał rozpocząć niedzielną Mszę świętą, gdy przyszedł ktoś, aby mu powiedzieć, że w jednej z najuboższych chat umiera cała rodzina z powodu zupełnego ubóstwa: wszyscy są ciężko chorzy i nie mogą sobie wzajemnie pomóc.
        Ks. Wincenty wszedł na ambonę i opowiedział o tym fakcie, zawierzając opuszczonych ludzi sercom swoich parafian. „Oto co się stało – opowiada sam Wincenty, który mógł osobiście udać się tam dopiero po południu – po Nieszporach, wziąwszy ze sobą pewnego wspaniałego człowieka, mieszczanina, udaliśmy się w drogę by odwiedzić tych biedaków. Po drodze spotykamy kobiety, które wyprzedziły nas, inne które powracały. […] Było ich tak wiele, że można by powiedzieć, że szła procesja”. Obraz był poruszający, ale Wincentego poirytował: miłosierdzie było ogromne, lecz niezorganizowane. Po całej tej obfitości – jedzenia i pomocy – następowały szybko dni zaniedbania i braków.

To doświadczenie skłoniło Wincentego a Paulo do założenia Bractwa Miłosierdzia. Nazwał je „Caritas”. A słowo „caritas” w chrześcijaństwie wskazuje na samego Boga i na cnotę miłosiernej miłości, którą On złożył w nasze serca. Podobne bractwa powstały w innych parafiach. Pobożne i zamożne Panie Miłosierdzia miały opiekować się ubogimi i osobiście pielęgnować chorych. Okazało się jednak to zbyt trudne dla osób, które miały zobowiązania rodzinne i towarzyskie. W ten sposób przyszło doświadczenie następne: nie wystarczy nawet najlepiej zorganizowana pomoc materialna. Ubóstwu, nieszczęściom, cierpieniom można zaradzić tylko sercem, a to wymaga całkowitego oddania się służbie ubogich, wymaga poświęcenia własnego czasu i trudu własnych rąk.


        Doświadczenie to doprowadziło do powstania Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia. Pierwszą siostrą miłosierdzia była Ludwika de Marillac. Uczulona na ludzką biedę, podobnie jak Wincenty a Paulo, stała się matką wszystkich, które wraz z nią poszły służyć ubogim. W dniu 29 listopada 1633 r. Ludwika rozpoczęła formację dziewcząt. Ten dzień uznano za datę narodzenia Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia (w języku francuskim używa się do dziś określenia „Córki Miłosierdzia” – „Filles de la Charité”, skąd pochodzi polska, popularna nazwa tego Zgromadzenia – „szarytek”).

        „Dla Sióstr Miłosierdzia – pisał Wincenty a Paulo w ich regułach – klasztorem będzie dom chorych, celą – wynajęty pokój, kaplicą – kościół parafialny, krużgankami – ulice miast albo sale szpitalne, klauzurą – posłuszeństwo, kratą – bojaźń Boża, a welonem – święta skromność”. Stanowiło to prawdziwy przewrót w myśleniu o życiu poświęconym Bogu. I tak powstało pierwsze w Kościele Zgromadzenie, którego założyciel nie bał się „otworzyć klauzury”. Osobiste zaangażowanie kobiet miało dopomóc w pełnieniu dzieł miłosierdzia, a tym samym objąć coraz większe rzesze ubogich.
 

Wincenty a Paulo stał się człowiekiem znanym i cenionym w całej ówczesnej Francji. Należał do Królewskiej Rady Sumienia, a przez jakiś czas pełnił także urząd – jak to byśmy dziś nazwali – ministra do spraw pomocy społecznej. Jednak nie ambicja i zabieganie o awanse, ale gorliwa działalność misyjna i charytatywna sprawiły, że osiągnął życiowy sukces.

Zmarł 27 września 1660 r. w Paryżu z imieniem „Jezus” na ustach. W r. 1729 został zaliczony w poczet świętych, a w 1885 r. ogłoszony Patronem wszystkich stowarzyszeń miłosierdzia działających w Kościele katolickim.

        Św. Wincenty żył w czasach wielkiego zamieszania. Przepych i pogoń za bogactwem i prowadzącą do niego karierą mieszały się z największą nędzą oraz ubóstwem duchowym i materialnym. A nasze czasy? Dziś także widzimy wielkie zamieszanie i głęboką dezorientację. Wielu chrześcijan sądzi, że liczy się tylko aktywność, zaangażowanie w „ten świat” i rozwiązywanie jego problemów w oparciu o ludzkie siły i środki, a miłosierdzie może czynić ktokolwiek, także ten, kto nie wierzy w Chrystusa i nie należy do Kościoła.
        Tymczasem „nie miłosierdzie było tym, co z Wincentego uczyniło świętego, ale naprawdę to jego świętość utrzymywała go miłosiernym” (Bremond). A świętość oznacza dokładnie przynależność do Chrystusa i Kościoła. Dlatego prośmy Boga, aby na nowo rozpalił w nas pragnienie świętości, która wyraża się i realizuje poprzez miłosierdzie.

Powrót »